Przełamanie blokady wstęp) Les forceurs des blocus Preface

Rozdział IV

Podstępy Crockstona

Wkrótce cała załoga znała historię panny Halliburtt. Crockston nie robił z tego żadnej tajemnicy. Na rozkaz kapitana odwiązano go od kabestanu i dziewięcioogonowy kot powrócił na swoje miejsce.

– Piękne zwierzątko – powiedział Crockston. – Zwłaszcza, gdy schowa pazury.

Gdy go uwolniono, udał się do kubryku, wziął małą walizę i zaniósł ją pannie Jenny. Młoda dziewczyna mogła ubrać znowu kobiecy strój, lecz pozostała zamknięta w kabinie i nie pokazała się na pokładzie.

Jeśli idzie o Crockstona, dobrze i dokładnie wykazano, że zna się na marynarce tyle, co konny gwardzista, i zwolniono go od wszelkich obowiązków na pokładzie.

Tymczasem Delfin szybko płynął przez Atlantyk; pruł fale swoją podwójną śrubą a wszystkie manewry były uważnie wykonywane.

Na drugi dzień po ujawnieniu incognito panny Jenny, James Playfair przechadzał się szybkim krokiem po rufówce. Nie czynił żadnych starań, aby znów zobaczyć młodą dziewczynę i zacząć z nią rozmowę o wczorajszym dniu.

W tym samym czasie Crockston wielokrotnie okrążał go i spoglądał z góry, z dobrodusznym grymasem zadowolenia. Najwyraźniej chciał pomówić z kapitanem, ale nie śmiał podejść. Manewr ten powtarzał jednak tak uporczywie, iż w końcu zniecierpliwił dowódcę.

– Ach tak, czego chcesz jeszcze? – zapytał James Playfair, strofując Amerykanina. – Krążysz wokół mnie jak żeglarz koło deski ratunkowej! Czy nie będzie temu końca?

– Proszę mi wybaczyć, kapitanie – odrzekł na to Crockston, mrugając okiem – muszę panu powiedzieć pewną rzecz.

– A więc mów.

– To rzecz zupełnie zwyczajna. Chcę szczerze panu powiedzieć, że w głębi jest pan dobrym człowiekiem.

– Dlaczego w głębi?

– W głębi i na powierzchni także.

– Nie potrzebuję tych komplementów.

– To nie są komplementy. Będzie na nie czas, kiedy pan doprowadzi wszystko do końca.

– Do jakiego końca?

– Do końca pańskiego zadania.

– Ach, więc mam do spełnienia jakieś zadanie?!

– Naturalnie. Przyjął pan pannę i mnie na swój pokład. Dobrze. Oddał pan swoją kajutę pannie Halliburtt. Bardzo dobrze. Nie kazał głaskać mnie tym kotem morskim. Wybornie. Zawiezie nas pan prosto do Charlestonu. To godne zachwytu. Ale to jeszcze nie wszystko.

– Jak to! To nie wszystko? – zawołał James Playfair, zdumiony żądaniami Crockstona.

– Naturalnie – odrzekł Crockston, przybierając przebiegłą minę. – Ojciec jest tam w więzieniu.

– No, więc?

– No, więc trzeba uwolnić ojca.

– Oswobodzić ojca panny Halliburtt?

– Bez wątpienia. To szlachetny człowiek, dzielny obywatel! Dla takiego warto coś zaryzykować.

– Mistrzu Crockston – rzekł na to James Playfair, marszcząc brwi – wyglądasz na żartownisia; ale zapamiętaj sobie, iż nie jestem wcale usposobiony do żartów.

– Myli się pan, kapitanie – odpowiedział Amerykanin. – Bynajmniej nie żartuję, mówię bardzo poważnie. To, co panu proponuję, wyda się panu początkowo absurdalne, ale dobrze rozważywszy, przekona się pan, że inaczej postąpić nie może.

– Mam zatem wyswobodzić pana Halliburtta?

– Nie inaczej. Pan zażąda od generała Beauregarda jego uwolnienia, a generał nie odmówi tego.

– A jeżeli mi odmówi?

– Wtedy – odpowiedział Crockston bez żadnego podniecenia – użyjemy innych środków i sprzątniemy więźnia sprzed nosa Konfederatów.

– A zatem – zawołał Playfair, którego zaczął ogarniać gniew – nie dość, że będę musiał przemykać się przez linię okrętów federalnych, blokujących Charleston, ale jeszcze odpływając, mam narażać się na strzały z fortów Południowców, a wszystko to dla oswobodzenia pewnego człowieka, którego nie znam, jednego z tych abolicjonistów, których nienawidzę, tych gryzipiórków, przelewających atrament zamiast krwi.

– Ech! Jeden strzał mniej lub więcej! – dorzucił Crockston.

– Panie Crockston – powiedział James Playfair – zapamiętaj to sobie: jeżeli ośmielisz się jeszcze raz mówić ze mną o tej sprawie, każę cię wpakować na samo dno statku, abyś nauczył się trzymać język za zębami.

To powiedziawszy, kapitan odprawił Amerykanina, który odszedł, mrucząc do siebie:

– Dobrze! Z tej rozmowy jestem zadowolony. Sprawa została popchnięta. Nie jest źle! Nie jest źle!

Kiedy James Playfair mówił: “abolicjonista, którego nienawidzę” był najzupełniej zgodny ze swymi przekonaniami. Nie był wcale zwolennikiem niewolnictwa, lecz nie chciał przyjmować, że sprawa niewolnictwa ma być dominującą w wojnie domowej w Stanach Zjednoczonych, mimo kategorycznych deklaracji prezydenta Lincolna.1 Czy utrzymywał on zatem że Stany Południowe – osiem na trzydzieści sześć2 – miały podstawy prawne, by odłączyć się, skoro były związane dobrowolnie? Nawet nie. Nie cierpiał ludzi Północy i to wszystko. Nienawidził ich jak byłych braci wspólnej rodziny prawdziwych Anglików, którzy uznawali za słuszne robić to co on, James Playfair, teraz przejmował od Stanów Konfederackich. Oto jakie były polityczne przekonania kapitana Delfina; ale ponad wszystko wojna w Ameryce ograniczała go osobiście i miał to za złe tym, którzy rozpoczęli tę walkę. Zrozumiałe więc jest jak musiał przyjąć propozycję oswobodzenia zwolennika niewolnictwa3 i zrobić sobie wroga z Konfederatów, z którymi zamierzał nielegalnie handlować.

Jednakże aluzje Crockstona nie przestawały go dręczyć. Odrzucał je, ale ciągle powracały i osaczały jego umysł. Kiedy następnego dnia panna Jenny pojawiła się na chwilę na pokładzie, nie odważył się spojrzeć jej prosto w oczy.

A była to niewątpliwie wielka szkoda, ponieważ ta młoda dziewczyna, o jasnej cerze, łagodnym i inteligentnym spojrzeniu, całkowicie zasługiwała, by spojrzał na nią trzydziestoletni mężczyzna. Lecz James czuł się zakłopotany w jej obecności, czuł, że ta zachwycająca istota posiada duszę silną i szlachetną, której edukacja odbywała się w szkole nieszczęścia. Rozumiał, że jego milczenie względem niej wyrażało odmowę jej najgorętszych pragnień.

Z drugiej strony panna Jenny nie unikała ani też nie szukała Jamesa Playfaira i przez kilka pierwszych dni zaledwie zamieniono kilka słów. Panna Halliburtt z przykrością opuszczała swoją kajutę i oczywiście nigdy nie odezwałaby się słowem do kapitana Delfina, gdyby nie fortel Crockstona, który spowodował połączenie się tych dwóch części.

Ten godny pochwały Amerykanin był wiernym sługą rodziny Halliburtt. Wychował się w domu swego pana i jego przywiązanie nie miało granic. Jego zdrowy rozsądek dorównywał jego odwadze i energii. Miał też, jak widzieliśmy, pewien sposób patrzenia na sprawy; niczym się nie zrażał i nawet z największych niebezpieczeństw potrafił wyjść cało.

Ten dzielny człowiek ułożył w swoim umyśle uwolnić pana Halliburtta, używając do tego Delfina i kapitana tegoż statku, i powrócić do Anglii. Powziął swój projekt, gdy dziewczyna nie miała innego celu jak spotkać się ze swoim ojcem i dzielić z nim niewolę. Starał się także zaatakować Jamesa Playfaira; jak widzieliśmy, oddał salwę, lecz nieprzyjaciel nie został pokonany. Wręcz przeciwnie.

“Trzeba koniecznie – mówił sam do siebie – żeby kapitan i miss Jenny porozumieli się. Jeżeli będą tak dąsać się przez całą drogę, do niczego to nie doprowadzi. Trzeba, żeby rozmawiali, choćby się mieli nawet kłócić; wtedy ręczę, że James Playfair sam zaproponuje to, czego dzisiaj tak stanowczo odmawia.”

Ale kiedy Crockston zobaczył, że dziewczyna i młodzieniec unikali się wzajemnie, poczuł się bezradny.

“Trzeba to przerwać” – powiedział sobie.

Rankiem czwartego dnia podróży wszedł do kajuty panny Halliburtt, zacierając ręce z wyrazem wielkiego zadowolenia.

– Dobra nowina! – zawołał. – Doskonała nowina! Nigdy nie domyśli się pani, co zaproponował mi kapitan. To bardzo szlachetny i dzielny człowiek!

– Ach! – powiedziała Jenny, której serce biło gwałtownie. – Co ci zaproponował?

– Chce uwolnić pana Halliburtta, porwać Konfederatom i odwieść do Anglii.

– Czy to prawda? – zawołała Jenny.

– Jest tak, jak panience mówię. James Playfair jest człowiekiem wielkiego serca! Tacy to są Anglicy: albo całkowicie dobrzy, albo całkowicie źli. O, kapitan może śmiało liczyć na moją wdzięczność. Gotów jestem dać się porąbać na kawałki, jeśli sprawi mu to przyjemność.

Radość Jenny rosła w miarę słów, wypowiadanych przez Crockstona. Uwolnić jej ojca! Ależ ona nigdy nie śmiała pomyśleć o tym! Tymczasem kapitan Delfina narażał dla niej swój statek i załogę!

– Oto jaki on jest! – kończył Crockston. – Ten dobry uczynek zasługuje na podziękowanie z pani strony, panno Jenny.

– Nie tylko na podziękowanie, ale na wieczną wdzięczność! – zawołała młoda dziewczyna i natychmiast wyszła z kajuty, aby przekazać Jamesowi Playfairowi uczucia, jakimi przepełnione było jej serce.

– Idzie coraz lepiej! – mruczał Amerykanin. – To już nie idzie ale biegnie.

James Playfair przechadzał się na rufówce i, jak łatwo można się domyślić, mocno był zdumiony, żeby nie powiedzieć zaskoczony, widokiem zbliżającej się dziewczyny, która ze łzami wdzięczności w oczach wyciągnęła ku niemu ręce i zawołała:

– Dziękuję panu, dziękuję za pańską wspaniałomyślność, której nigdy nie oczekiwałam od nieznajomego.

– Pani – odpowiedział kapitan jak człowiek, który nic nie rozumie i nie może zrozumieć – naprawdę, nie wiem

– Przecież – odparła Jenny – idziesz pan naprzeciw tylu niebezpieczeństw, komplikujących pańskie interesy! Tyle już wyświadczyłeś dobrego, przyjmując mnie na pokład swego statku, dając mi gościnę, do której żadnego nie miałam prawa

– Proszę mi wybaczyć, panno Jenny – przerwał James Playfair – ale przysięgam, iż wcale nie rozumiem pani słów. Postąpiłem z panią tak, jak postąpiłby każdy dobrze wychowany człowiek z kobietą; wszystko to nie zasługuje na tyle podziękowań.

– Panie Playfair – powiedziała Jenny – nie warto dłużej udawać. Crockston wszystko mi powiedział.

– Ach! – rzekł kapitan – Crockston pani wszystko powiedział? Otóż teraz jeszcze mniej rozumiem powód, który zmusił panią do opuszczenia kajuty i wypowiedzenia słów. – To mówiąc, młody człowiek popadał w coraz większe zakłopotanie i naprawdę nie wiedział, co dalej mówić. Przypomniał sobie, jak w ostry sposób odebrał propozycje Amerykanina, ale Jenny nie pozostawiła mu czasu na wytłumaczenie się i znowu zaczęła mówić:

– Panie James, zajmując miejsce na pokładzie pańskiego statku nie miałam innego zamiaru, jak dostać się do Charlestonu, sądząc, że zwolennicy niewolnictwa nie zabronią biednej dziewczynie dzielić niewolę ze swoim ojcem. To było wszystko i nigdy nie uważałam, że powrót jest możliwy; ale ponieważ pańska wspaniałomyślność zaszła tak daleko, że chcesz uwolnić mego uwięzionego ojca; ponieważ pan chce się narażać dla jego uwolnienia, proszę przyjąć szczere podziękowania i pozwolić mi uścisnąć pańską dłoń.

James nie wiedział, co ma odpowiedzieć i jaką przyjąć postawę; zagryzł wargi i nie śmiał ująć ręki, którą młoda dziewczyna do niego wyciągała. Zrozumiał teraz dobrze, że Crockston zawarł “układ”, z którego on nie będzie się mógł wycofać. W każdym razie oswobodzenie pana Halliburtta nie wchodziło dotychczas w jego plany i zupełnie nie miał ochoty brać na siebie tak trudnego przedsięwzięcia. Ale jakże zawieść nadzieje, odczuwane przez młodą dziewczynę? Jak odrzucić tę rękę, którą z głęboką wdzięcznością wyciągnęła do niego? Jak zmienić na łzy boleści te słodkie łzy wdzięczności, płynące z jej oczu?

Młody człowiek szukał wymijającej odpowiedzi, aby zachować swobodę działania i nie podejmować zobowiązań na przyszłość.

– Panno Jenny – powiedział – niech mi pani wierzy, że uczynię wszystko, co będzie możliwe.

I ujął w swoje ręce drobne rączki Jenny. Delikatny uścisk, jaki poczuł, zamroczył mu zmysły, serce zaczęło mocniej bić, zabrakło mu słów i tylko wybełkotał kilka urywanych wyrazów:

– Pani, panno Jenny, dla pani

Przypatrujący się Crockston zacierał ręce, stroił miny i powtarzał:

– Idzie! Idzie! Przybyło!

Jakim sposobem James Playfair wyplątałby się z tego kłopotliwego położenia nie umiemy powiedzieć. Na szczęście dla niego, jeżeli nie dla Delfina, z bocianiego gniazda rozległ się głos majtka:

– Ahoj! Oficer wachtowy!

– Co tam? – zapytał Mathew.

– Żagiel na zawietrznej!4

James Playfair opuścił natychmiast młodą dziewczynę i wspiął się po wantach bezanmasztu.

Anmerkungen

  1. Lincoln Abraham (1809-1865) - prezydent USA od 1860, zginął w zamachu w 1865 roku. ↩
  2. w tym czasie było tylko trzydzieści sześć stanów. ↩
  3. zwolennik niewolnictwa - powinno być: przeciwnika niewolnictwa. Pomyłka autora. ↩
  4. zawietrzna - burta statku przeciwna do nawietrznej, czyli wystawionej na działanie wiatru. ↩

Telegramm

Aufgabeamt: World Wide Web · Ziel: an Bord der Nautilus

0 Wörter · Gebühr: 0 Kreuzer (Punkte werden zu STOP)